Od czasu, gdy Europa Wschodnia nasyciła się używanymi pojazdami z Niemiec, rynkiem zbytu numer jeden dla tego kraju okazała się Afryka. Każdego tygodnia z hamburskiego portu odpływają załadowane po brzegi frachtowce z samochodami, które w większości wypadków powinny zostać skasowane. Dlaczego tak się nie dzieje?
Zezłomowanie auta kosztuje na Zachodzie przynajmniej 100 euro. Tymczasem wiele osób nie zdaje sobie sprawy, ile wart jest jeszcze ich samochód w Afryce.
Interes na dużą skalę
Afryka została wprost zalana używanymi samochodami z Europy. Jeden z czołowych handlarzy opisuje szczegóły tego biznesu tak: „Kupiłem w Niemczech Toyotę Starlet z 1983 roku za 300 euro, koszty transportu wyniosą drugie tyle, a w Beninie mój partner sprzeda ją za 750 do 850 euro, co daje 150, 250 euro zarobku”.
Handlarze, tak jak w Europie, muszą się jednak liczyć z wymaganiami afrykańskiego klienta. Dobrze, gdy auto jest wyposażone w klimatyzację. Jeśli nie, urządzenie może być dołożone już na miejscu. Szczególnie chętne kupowane są auta tylno napędowe.
Stan techniczny obojętny
Gorzej, jeśli samochód jest wyposażony w szyberdach - to automatycznie obniża cenę (auto zbyt mocno się nagrzewa). Nikt natomiast nie patrzy tu specjalnie na rdzę. W Kotonu stawka robotnika, który odpowiednio przygotuje auto, wynosi 2 euro na godzinę.

Zanim samochody zostaną zaokrętowane, muszą zostać odpowiednio przygotowane. Zdejmowane jest wszystko, co mogłoby być łatwo ukradzione w docelowym porcie. Lusterka zewnętrzne, listwy boczne, grill - wszystko ląduje w zamykanym bagażniku samochodu, a kluczyki do auta sa wysyłane pocztą. Od tej chwili zaczyna się kilkudniowa droga do Afryki.
Dokładnie 10 dni później statek przybija do portu w Kotonu. Setki złodziejaszków kłębią się na nadbrzeżu w poszukiwaniu łatwego zarobku - oderwaną listwę czy grill można szybko sprzedać handlarzom poza portem. W ciemną afrykańską noc niektórym udaje się przedostać na statek i ukraść np. moduł sterowania zapłonem z białego Mercedesa W 123.
Zatrudnieni przy rozładunku statku muszą przed rozpoczęciem pracy oddać telefony komórkowe (które przy ogólnie panującej tu biedzie mają prawie wszyscy). Właściciele samochodów boją się, że robotnicy mogą odkręcić części aut, ukryć je we wnętrzu, a za pomocą komórek skontaktować się ze swoimi kompanami na nadbrzeżu.
Nie dla Europejczyka

Portowe 700-tysięczne Kotonu jest miejscem, gdzie mocno używane, a czasem także po prostu zużyte samochody zaczynają swoje drugie życie. Powietrze jest tak zanieczyszczone spalinami, że kilkuminutowy pobyt na ulicy kończy się łzawieniem oczu i katarem - Europejczycy nie są przystosowani do tak dużego poziomu zanieczyszczeń.
Niemal wszystkie auta są napędzane „chrzczoną" benzyną, którą można kupić u kilkunastoletnich chłopców wprost z ulicy - zamiast kanistrów używa się butelek po coca-coli lub whisky (litr paliwa kosztuje 35 centów). Jednak głośnych protestów nie słychać, bowiem z samochodowego biznesu żyje ponad 20 tys. rodzin. Gdyby państwo zrobiło z tym porządek, miasto byłoby czystsze, ale 20 tys. rodzin straciłoby utrzymanie.
Podobnie jak w Europie, również tu każde auto musi przejść badanie techniczne. Jednak w Beninie jedynymi warunkami, by udało się je zaliczyć, są: drobna łapówka, jako tako funkcjonujący silnik oraz... sygnał dźwiękowy. Oprócz leciwych i mocno wyeksploatowanych samochodów na portowym nadbrzeżu lądują także drogie, prawie nowe auta. Jak twierdzą dobrze poinformowani, w większości pochodzą one z kradzieży. Ale zdarzają się też pojazdy bez silnika, siedzeń lub mocno rozbite. Afryka wita je wszystkie z otwartymi ramionami.
Najlepsze w tej historii jest to, że wiele przybywających tu samochodów ma założone nadal zimowe opony...
Źródło: Auto Świat























